Czy w każdej szkole kultywowana jest przyjemność czytania tego co się lubi? Oj, różnie chyba z tym bywa. Pamiętam pół wieku temu jedna z moich kuzynek, już po zdanej maturze, wyznała mi w sekrecie: nie przeczytała do końca ani jednej książki z listy lektur. Innych też nie.

ksiazki

Ja z kolei, z powodu pięcioletniej nieobecności w polskim systemie edukacyjnym, w półtora roku przeczytałam całą obowiązującą listę lektur z czterech lat liceum. Wszystkie. Jako urodzona perfekcjonistka, musiałam. Zmusiłam się.

 

I co z tego? Nic.

I tak najbardziej utkwiły mi w głowie moje ulubione książki, wybrane przeze mnie. Uczące o życiu i magii niebieskich koralików, o pasjach i pąsowych różach, o przygodach w dżungli lub na podwórku wśród powojennych gruzów.

Czyżby obowiązkowe lektury nie były pasjonujące? Niestety, uważam, że niektóre na liście nie mają już nic wspólnego z życiem dziecka czy nastolatka w 21 wieku. Niewątpliwie bardzo wartościowe są te opowieści, ale być może głównie dla studentów polonistyki, pasjonatów historii. Lub pasjonatów czytania w ogóle.

O właśnie. Pasjonatów czytania.

Małych czytaczy-pożeraczy książek jeszcze jest sporo, ale wraz z pojawiającymi się groźbami „musisz przeczytać bo jest na liście, bo klasówka, bo wypracowanie, bo egzamin…” ich liczba maleje. A ile nastoletnich pasjonatów czytania dziś chodzi po świecie zarażonym bakcylem wirtualnej rzeczywistości i krótkich tekstów Fejsbuka, Snapchata, Twittera i Instagrama?

Jak dziś wykształcić czytelników na całe życie?

bookshelf1

Foto: bookstogrow.net

W naszej szkole dzieci już czterolatki co dzień mają kilkanaście minut lekcji przeznaczone na samodzielne czytanie tego, co same sobie z półek wybrały. Choćby „czytanie” obrazków.

Moi synowie co dzień przynosili nową książeczkę (dosłownie kilka kartek) do czytania wieczorem. Mieli też własną półkę z ulubionymi książkami, wystawionymi okładkami na wierzch, by mogli sami wybrać co dziś wspólnie czytamy. Czytaliśmy razem, a po latach już każdy z osobna, to, co lubił najbardziej.

Czytanie w klasie, ciche lub głośne, kontynuowane jest w naszej szkole w gimnazjum (6-8 klasa) i liceum. Dlatego też dziś obaj czytają dużo, nie tylko profesjonalne książki potrzebne im do pracy, ale po prostu, ot tak, dla przyjemności.

W każdym roku szkolnym wspólnie omawia się 3-4 pozycje, często dając uczniom kilka do wyboru, natomiast większość książek uczniowie wybierają i czytają sami. Niektórzy dochodzą do kilkudziesięciu rocznie. Inni, wolniej czytający, poprzestają na kilkunastu.

Bo przecież każdy czyta w innym tempie, ma inny stopień koncentracji czy też rozumienia tego, co czyta. W każdym przypadku ważny jest wysiłek i refleksja (z pomocą nauczyciela) nad tym co czytam, jak dokładnie czytam, w jakim tempie czytam, i czy rozumiem to, co czytam.

A z tym rozumieniem co czytam różnie bywa. Nawet gdy uczę tzw. native-speakerów, okazuje się, że niektórzy słownictwo mają wręcz ubogie, a czytając na głos dukają.

Co robić? Jak nie zabić drozda**?

Wiele lat temu, gdy w naszej szkole zapanowała aura powszechnego “service learning” czyli uczenia się poprzez pomoc innym, wprowadziłam bardzo skuteczną metodę „buddy reading”.

Zapraszam do współpracy uczniów z 11 i 12 klasy (przedmaturalna i maturalna) by przynajmniej raz w tygodniu, „po przyjacielsku” wspólnie z uczniem z 9 klasy czytali razem na głos, po jednej stronie książki na przemian.

Choć na początku jest to dla obu uczniów dość trudne, po kilku przyjaznych spotkaniach nabierają pewności siebie, widząc obopólne korzyści.

Przed rozpoczęciem takich sesji, najczęściej trwających semestr w jednej parze, zbieram starszych uczniów by omówić strategie które mogą zastosować, a przede wszystkim wartość pozytywnych bodźców.

Niemal co roku okazuje się, że są zdziwieni jakie postępy robią młodsi uczniowie, a oni sami poprzez odpowiadanie na pytania lub objaśnianie wątków czy form literackich rozumieją lepiej to, co sami czytają.

Ale czytanie w klasie czy z “buddy” nie zwalnia ucznia z czytania w domu. Rodzice także mogą korzystać z wielu strategii sugerowanych nauczycielom, na przykład:

a/ głośne czytanie wraz z dzieckiem i pokazywanie procesu czytania;
b/ dążenie do zrozumienia, dlaczego dziecko nie lubi czytać zamiast zmuszanie go do tego;
c/ pozwalanie dziecku wybrać to, co chce czytać.

Wszystko to wspiera budowanie umiejętności samodzielnego czytania przez całe życie.  

A NAGRODY ZA CZYTANIE? NIE! Większość małych dzieci uwielbia słuchać czytane im bajki, ale gdy podrastają i nauczą się same czytać, stres, wstyd lub frustracja z powodu nieumiejętnego jeszcze czytania tłamsi w nich radość i przyjemność, które powinny czerpać z tego zajęcia.

Dlatego naukowcy nie zalecają nagradzania podczas pracy nad powrotem dziecka do przyjemnego spędzania czasu z książką. Wręcz przeciwnie, twierdzą, że nagradzanie dzieci za czytanie w czasie wolnym przekazuje wiadomość, że jest to praca, a nie przyjemność sama w sobie, a co za tym idzie, umiejętność na całe życie. A przecież wszyscy chcielibyśmy czytać dla własnej przyjemności, z własnej nieprzymuszonej woli, nieprawdaż? To przecież lubimy najbardziej!

Dajmy więc tę szansę: nauczyciele swoim uczniom i rodzice swoim dzieciom. Dajmy im wolny wybór tego co czytają, dla przyjemności.

Nie tłamśmy* małych czytaczy-pożeraczy książek. Nie zabijajmy małych drozdów**.

 

*tłamśmy? czy jest takie słowo, czy je wymyśliłam? 😉

** W „Zabić drozda” napisaną przez Harper Lee, drozd symbolizuje niewinnego Tom’a Robinsona i dziecięcą niewinność głównych bohaterów, Scout i Jem, a przede wszystkim nieuzasadnioną przemoc skierowaną przeciwko niewinnym. Fascynująca powieść. Była do omówienia w programie 9 klasy odkąd się ukazała. Ale przyszedł czas się z nią pożegnać i przedstawić ten temat poprzez inną, współczesną lekturę, bliższą świata dzisiejszego nastolatka.